Jaksonek

Mam 12 lat.

Link do Galerii Zdjęć

Na szosie zawsze się coś działo. Co środę w godzinach rannych furmanki – jedna za drugą – jechały na targ do Sulejowa. Rolnicy wieźli worki zboża, kartofli i ulęgałek, beczki ogórków, osełki masła, sery i jajka. Koszykarze wieźli koszyki plecione z wikliny lub korzeni, garncarze z pobliskiej Dąbrowy garnki, dzbanki, donice, dwojaczki, kubki, doniczki do kwiatowi ozdobne wazony, bednarze beczki, faski, balie, szkopki, szafliki i wiadra, a obdarzone zmysłem artystycznym gosposie – pęki kolorowych, sztucznych kwiatów oraz kilimy.

Po południu furmanki wracały z zakupami poczynionymi w mieście, lecz te ukryte przeważnie były w koszykach i tylko od czasu do czasu widziało się jakąś szafę, maszynę do szycia lub inny większy przedmiot. Pod wieczór wracali pijani, hałaśliwi, jadący co koń wyskoczy, inni śpiący, całkowicie na łasce konia, który znał drogę do domu, a jeszcze inni śpiewający, podtrzymywani przez żony, żeby nie wylecieli z wozu.

Na Zielone Świątki tłumy ludzi ciągnęły na odpust do Paradyża, na Dzień Świętej Trójcy do Podklasztorza, a na Dzień Św. Piotra i Pawła do Dąbrowy. W przeddzień odpustu ze wszystkich stron ciągnęli żebracy, a po odpuście bez pośpiechu rozchodzili się w różnych kierunkach.

Każdej wiosny żołnierze rosyjscy stacjonujący w Piotrkowie szli na ćwiczenia połowę w okolice Końskich. Zwykle przed południem przychodzili na skraj lasu przylegającego do Jaksonka od zachodu, zatrzymywali się, jedli obiad, odpoczywali trochę, a potem maszerowali przez wieś w takt muzyki grającej marsza.

Jesienią żołnierze wracali. Znów szli z orkiestrą przez Jaksonek, zatrzymywali się w tym samym miejscu w lesie, znów jedli obiad, odpoczywali i ze śpiewem ruszali w dalszą drogę.

Od czasu do czasu właściciele okolicznych majątków przyjeżdżali bryczkami lub powozami, zaprzężonymi nieraz w cztery konie. Przyczepiony z tyłu worek z owsem i parę wiązek siana świadczyły, że podróż będzie długa.

W swoich dalekich wędrówkach przechodzili handlarze chińscy, tak zwani “Chodia”. Mali, w czarnych ubraniach, z długimi warkoczami, nieśli swój towar na plecach, zatrzymywali się przed drzwiami i gdy nikogo nie było na zewnątrz, anonsowali swoje przybycie przeciągłym, głośnym dwu- lub trzykrotnie powtórzonym wołaniem: “chodia”. Gdy nikt na to nie reagował, szli dalej, gdy natomiast otworzono drzwi – wchodzili do środka, kłaniali się, pytali o zdrowie wszystkich członków rodziny i dopiero wtedy zdejmowali z pleców tobół i rozkładali na podłodze jego zawartość. Były to przeważnie pudełka herbaty, zwoje materiału jedwabnego i dużo różnego rodzaju wstążek. Po załatwieniu transakcji handlowej pakowali towar, pytali co przynieść następnym razem, zarzucali tobół na plecy, życzyli zdrowia, kłaniali się i odchodzili.

Nie widziałem nigdy, aby coś notowali, mimo to, gdy przychodzili po paru miesiącach, przynosili wszystko, co było u nich zamówione i znali wszystkich członków rodziny.

W Jaksonku uprawiało się dość dużo lnu. Gdy dojrzał wyrywano go i nie młócono tak, jak zboże, lecz czesano na dużym drewnianym grzebieniu, zrywając główki z nasieniem. Słoma była wiązana w duże snopy, które wieziono do Czarnej lub do Pilicy i zatapiano na jakiś czas w wodzie; potem rozkładano je na polu, suszono, a po wykopaniu ziemniaków – w jakiś słoneczny dzień – rozpalano ognisko, obok którego ustawiano słomę lnianą, żeby się dobrze wysuszyła i podgrzała. Po tej czynności słomę poddawano międleniu. Pozbawione paździerzy włókno czesano na specjalnych czesałkach i to, co pozostawało w ręku – gładkie i proste – wiązano w pęczki, z których po uprzędzeniu wyrabiano cienki materiał, używany na bieliznę osobistą i pościelową. Z tego, co pozostało na czesałce robiono materiał używany przeważnie na worki i ubrania robocze.

Zimą przędzono len i wełnę, darto pierze, łuskano fasolę i tkano materiały w krosnach. Znajdowały się one prawie w każdym domu. Tak samo prawie w każdym domu były żarna, na których mielono żyto i pszenicę.

Przed Świętami Bożego Narodzenia przychodzili tak zwani trzepacze z Ozorkowa. Mieli na dwóch kółkach umieszczone parę sit, które wprowadzali w ruch kręceniem korby. Ta sama korba poruszała także drewniane młotki, które uderzały w sita. W ten sposób czyszczono siemię lniane, rzepak, mak i koniczynę.

W czasie żniw pojawiali się górale, tacy jak ci z piosenki: “z grabkami i kosą, w guńce starganej i boso”. Pracę znajdowali przeważnie u wdów, z którymi czasem się żenili.

Gdy w czasie wojny Austriacy zajęli nasze tereny, zainteresowali się wspomnianymi góralami i jeżeli byli oni w wieku podlegającym służbie wojskowej, wcielali ich do armii, nie wyłączając i ich synów, chociażby nawet byli urodzeni w zaborze rosyjskim.

Jaksonek od wschodu, zachodu i północy otoczony był lasami. W lasach tych dużo było zwierzyny. Opiekował się nią “Jegier” Chmielewski, mający do pomocy pięciu kozaków. Kozacy ci objeżdżali las pilnując, żeby nikt nie ważył się wejść nie tylko do lasu, ale również na mniej uczęszczane drogi leśne.

Od czasu do czasu kozacy jeździli do Sulejowa, wypijali w tamtejszej restauracji butelkę wódki, zjadali funt kiełbasy, rozbijali butelkę i parę kieliszków o podłogę, a po wyjściu z lokalu obijali nahajkami spotkanych na ulicy Żydów, po czym wracali zadowoleni i przeświadczeni, że całe miasteczko będzie podziwiać, jak to kozacy szaleli.

Przed I Wojną Światową monetą obiegową w Królestwie był rubel, ale starsi ludzie w dalszym ciągu operowali dawnymi złotymi i groszami. Kopiejka to były dwa grosze, piętnaście kopiejek – jeden złoty, a jeden rubel – sześć złotych i dwadzieścia groszy. Niektórzy operowali także “czeskimi”, które – o ile pamiętam – równały się sześciu groszom.

Latem 1912 roku Leśnictwo Błogie, do którego należały lasy jaksonowskie, zostało zawiadomione, że jesienią car przyjedzie do Spały i będzie polował w lasach jaksonowskich. W okolicy zapanował wielki ruch. Naprawiano drogi, którymi car będzie przejeżdżał, doprowadzano do porządku leżące przy nich budynki i płoty. Przy drogach leśnych, wzdłuż których myśliwi mieli zająć stanowiska, robiono specjalne osłony. Wszystkie drogi i ścieżki leśne wysypano żółtym piaskiem. Piasek ten brano z piaszczystych nieużytków, należących do wsi Stoczki.

Przy wybieraniu piasku natrafiono na urny zawierające popioły i drobne stare monety. Monet znaleziono dość dużo. Uznano je za bezwartościowe i dano dzieciom do zabawy. Ja też dostałem dwie takie monety. Były to cienkie, miedziane blaszki, nieregularnie okrągłe. Z jednej strony miały niewyraźny rysunek jakby głowy w koronie, z drugiej zaś strony, przy odrobinie imaginacji, można było dopatrzeć się postaci człowieka siedzącego na jakimś zwierzątku.

Na parę tygodni przed terminem polowania do Jaksonka i okolicznych wiosek przyjechała duża liczba policjantów. Trudno się było zorientować, ilu ich było, gdyż nigdy nie widziało się ich razem. W naszym domu zakwaterowało dwóch oficerów policji, tak zwanych naczelników Ziemskiej Straży. Potem przyjechali kozacy, mający patrolować las i okolicę, a w przeddzień polowania – straż z Carskiego Sioła. Następnego dnia, wczesnym rankiem, przybyło do wioski kilkanaście pustych pojazdów konnych. Około godziny dziewiątej samochody przywiozły cara i jego świtę. Wszyscy przesiedli się do oczekujących pojazdów, dojechali do skraju lasu od zachodniej strony wioski, wysiedli i pieszo udali się na wyznaczone stanowiska. Przed zachodem słońca samochody podjechały na skraj lasu, zabrały myśliwych i odjechały w stronę Spały.

Gdy tylko samochody zniknęły z pola widzenia, na okolicznych polach jak spod ziemi powyrastali piesi policjanci, i kozacy na koniach, chociaż przez cały dzień nie było ich tam widać.

Jeszcze tego samego wieczoru zarówno policjanci jak i straż z Carskiego Sioła oraz kozacy opuścili wioskę.

W czasie I Wojny Światowej – Jaksonek bardzo odczuł swoje położenie przy szosie. Walczące armie przesuwały się nią dwukrotnie z zachodu na wschód i z powrotem.

W początkach października 1914 roku masy niemieckiej piechoty, artylerii, pontonów i taborów przez kilka dni ciągnęły na wschód. Każdej nocy jakieś jednostki kwaterowały w wiosce, jedne wyrzucały wszystkich z zabudowań, inne natomiast pozwalały mieszkańcom pozostać na miejscu.

Wkrótce Niemcy zaczęli wracać, ale było ich znacznie mniej i przeszli dość szybko. Przyszła armia rosyjska. Piechota, artyleria i wspaniale pułki gwardii konnej przez parę dni i nocy ciągnęły na zachód. Przez kilka nocy i dni na zachodzie dudniła artyleria, a sznury wozów wypełnionych rannymi jechały na wschód.

Po jakimś czasie znów nastąpił odwrót armii rosyjskiej. Na Pilicy Rosjanie stawiali opór, lecz po dwóch dniach ustąpili.

18 grudnia około południa – ostatni gwardziści rosyjscy opuścili Jakso-nek, a przed samym wieczorem z lasu na zachód od wioski wynurzyli się dragoni austriaccy. Było ich siedmiu i wyglądali trochę operetkowo w czerwonych spodniach, niebieskich krótkich kożuszkach i chełmach z końskimi ogonami.

Gdy dragoni dojechali do środka wioski, z lasu wynurzyła się gęsta tyraliera błękitnej piechoty. Ze środka wioski dragoni skierowali się na południowy wschód w stronę wioski Kotuszów.

Z lasu na wschód od Jaksonka odezwały się strzały z karabinów ręcznych i maszynowych. Dragoni zawrócili i galopem popędzili na południe w stronę wioski Kolonia. Piechota zatrzymała się, żołnierze napełnili ziemią niewielkie woreczki i trzymając je lewą ręką tak, że zasłaniały część brzucha i część klatki piersiowej, pochyleni szli naprzód, trzymając karabin w prawej ręce.

Mniej więcej na wysokości połowy wioski na piechotę posypały się pociski artylerii. Żołnierze upadli na ziemię, woreczki z piaskiem położyli przed sobą, leżąc kopali rowy wyrzucając ziemię przed siebię.

W bardzo krótkim czasie wszyscy skryli się w ziemi, tylko tu i ówdzie widać było oficerów, którzy w białych rękawiczkach z obnażonymi szablami przechodzili wzdłuż linii wojska czekając, aż im żołnierze wykopią okop, w którym będą mogli się skryć.

Gdy oficerowie zniknęli z pola widzenia, artyleria ucichła. Z nastaniem nocy reflektory rosyjskie oświetlały pozycje austriackie, a artyleria zasypywała je gradem pocisków.

Ulokowane w lesie na zachód od naszego domu ciężkie haubice austriackie odpowiadały od czasu do czasu artylerii rosyjskiej.

Następnego dnia rano Austriacy byli okopani znacznie dalej na wschód, niż pierwszego dnia.

Przez kilka następnych nocy reflektory rosyjskie oświetlały teren i artyleria ostrzeliwała pozycje austriackie. Haubice austriackie w dalszym ciągu odpowiadały z rzadka, a pozycje austriackie przesuwały się coraz dalej na wschód, aż zatrzymały się przed okopami rosyjskimi, pomiędzy wioskami Wójcik i Kraśnik.

Każdej nocy żołnierze austriaccy wychodzili z okopów, przychodzili do wioski i szukali żywności. Po paru tygodniach mieszkańcy wioski zaczęli cierpieć głód. W szybkim tempie zniknęły płoty i zabudowania drewniane, użyte albo na opał, albo na umocnienie okopów. Zniknęły też prawie wszystkie zwierzęta domowe i ptactwo. Nikomu nie wolno było oddalać się zbytnio od swego domu. Wszędzie stały posterunki wojskowe.

Moja rodzina była w lepszej sytuacji, gdyż w naszym domu kwaterowało dowództwo 207 dywizjonu ciężkich haubic, Dzięki temu uniknęliśmy nocnych wizyt żołnierzy, a w razie potrzeby mogliśmy dostać przepustkę, aby móc pojechać po zakupy do Sulejowa lub Piotrkowa.

Wśród oficerów i żołnierzy było sporo Węgrów, bardzo przyjacielsko usposobionych do Polaków. Jako pamiątkę pobytu w Polsce chcieli przynieść znajomość chociażby kilku słów w naszym języku. Niestety przekonałem się, że w wielu przypadkach trafiali na głupich dowcipnisiów, którzy przedmioty codziennego użytku nazywali bardzo wulgarnymi słowami.

Na ogół żołnierze zachowywali się poprawnie. Raz jednak zdarzyło się, że któryś z żołnierzy okazał się agresywny wobec dziewczyny, która została sama w domu. Dziewczyna wyrwała się i uciekła do sąsiada, zamykając za sobą drzwi. Żołnierz, nie mogąc ich otworzyć, podszedł do okna i zagroził, że je wybije. Gospodarz na to pokazał mu siekierę grożąc, że go zabije. Żołnierz nie wziął pogróżki poważnie, wybił szybę i włożył rękę do środka, żeby otworzyć okno. Gospodarz ciął siekierą i ręka odpadła. Żołnierza zabrano do szpitala, a gospodarza aresztowano. Następnego dnia odbył się sąd, po którym gospodarz wrócił do domu, a żołnierza przywiązano do słupka po rozebranym płocie i rozstrzelano.

Dowództwo jednostki kwaterującej w sąsiedniej Dąbrowie wszędzie węszyło szpiegostwo, które nikomu nie powstało w głowie, a mimo to na sośnie rosnącej na skraju cmentarza co raz to wisiał jakiś wyimaginowany szpieg.

Wśród żołnierzy rosyjskich na tym odcinku frontu dużo było blondynów ze śladami po ospie. Jeden z mieszkańców też był blondynem i również posiadał ślady po przebytej ospie. Gdy któregoś dnia szedł drogą niedaleko swojego domu, właśnie przechodziło kilku żołnierzy. Zatrzymali go i zarzucili mu, że jest przebranym żołnierzem rosyjskim i postanowili go powiesić. Związali mu ręce i nogi, po czym powiesili go na gałęzi przydrożnego drzewa. Sznurek, na którym go powiesili okazał się za słaby i zerwał się. Wobec tego związali sznurek i domniemanego Rosjanina powiesili po raz wtóry. I tym razem sznurek się zerwał. Żołnierze mieli ochotę jeszcze raz spróbować wieszania, ale w międzyczasie zdążono o tym powiadomić kwaterującego niedaleko oficera węgierskiego, który szybko zainterweniował.

Żołnierze tłumaczyli, że był to tylko żart, zostali jednak aresztowani i odprowadzeni pod eskortą do aresztu wojskowego w Dąbrowie.

Pod koniec zimy przez Jaksonek przejeżdżał cesarz Franciszek Józef towarzystwie cesarza Wilhelma.

Jechali odkrytym powozem, zaprzężonym w parę koni i wyglądali dość niezwykle. Franciszek Józef siedzący po prawej stronie, pochylony naprzód, z twarzą niemal na kolanach, natomiast Wilhelm wyprostowany, sztywny, raczej poddany ku tyłowi.

Przez cały czas trwania frontu, prawie codziennie artylerie obu stron wymieniały ze sobą po kilka lub kilkanaście strzałów, lecz pociski rosyjskie początkowo padały na wschód od naszego domu. Dopiero w marcu Rosjanie albo podprowadzili swoją artylerię bliżej, albo też sprowadzili działa o dalszym zasięgu, gdyż pociski zaczęły padać coraz bliżej naszego domu i dalej na zachód. 11 maja front przesunął się na wschód. Poszedłem obejrzeć opuszczone przez wojsko okopy. Okopy austriackie były szerokie i głębokie, wyłożone ze wszystkich stron okrąglakami i nakryte grubą warstwą ziemi. Od strony wschodniej miały niewielkie okienka, przez które można było obserwować leżący przed okopami teren. Kryte korytarze prowadziły do ziemianek, w których znajdowały się prycze i żelazne piecyki. Od ziemianek korytarze prowadziły do latryn. Przed okopami były umieszczone kozły omotane drutem kolczastym. Wszędzie panował porządek. Natomiast okopy rosyjskie były zwykłymi głębokimi rowami, nakrytymi daszkiem opadającym ku zachodowi. Między daszkiem a ziemią była szpara, przez którą można było obserwować przedpole. W rowie pełno było na wpół zgniłej słomy pomieszanej z odchodami ludzkimi. Wszędzie panował trudny do wytrzymania fetor.

Przez parę następnych dni od czasu do czasu przejechało kilka wozów taborowych, a po jakimś tygodniu żołnierzy już się nie spotykało i życie zaczęło powracać do normy.

Wybuchły jednak epidemie duru brzusznego i ospy. Zrobiły one duże spustoszenie, zwłaszcza wśród osób starszych, będących niewyczerpanym źródłem opowiadań o diabłach i czarownicach.

Z odejściem “najstarszych w wiosce” przestało się słyszeć używane przez nich słowa, takie jak: “krzywos = koń, cimnikos = pies, kocmyros = wilk, drujki = słodki, jarki = kruchy, itd”.

Zniknęły też sukmany białe z czarnym obszyciem na szwach, czarne szpiczaste kapelusze, tak zwane “ryjki”, białe, wpuszczane w buty spodnie i wiśniowe spencerki. Mniej też były używane wełniaki, zapaski i czepki.

Wydawało się, że w czasie trwania frontu wielkich strat w ludziach nie było ani po jednej ani po drugiej stronie. Dopiero gdy w Dzień Wszystkich Świętych na mogiłach rozrzuconych po polu zapalono lampki, to szerokim pasem po obu stronach okopów, jak okiem sięgnąć, paliły się one dość gęsto.

Na wiosnę następnego roku – Austriacy urządzili niewielki cmentarzyk obok szosy, między wioskami Wójcik i Krasik. Przenieśli tam kilkunastu swoich poległych żołnierzy i postawili duży głaz z napisem “Cześć bohaterom, którzy oddali życie za cesarza i ojczyznę”. Większość jednak zabitych nie była ekshumowana. W następnym roku na Wszystkich Świętych lampki paliły się na polach ale już w mniejszej ilości, a po paru latach nie byłoick zupełnie.

Na początku wojny kilku mężczyzn powołano do wojska. W maju znów, gdy front ruszył na wschód, Austriacy zabrali kilkanaście podwód, które nie wracały miesiącami. Zmarło też kilku starych gospodarzy, więc gdy przyszły żniwa, nie było dostatecznej liczby rąk do pracy. Wtedy to z konieczności zaczęto się posługiwać kosą, pomimo, że dotąd do żniw w Jaksonku używano prawie wyłącznie sierpa. I od tej pory sierp poszedł w zapomnienie.

Po ustaleniu się okupacji Austriacy wydali szereg zarządzeń, a między innymi wprowadzili lewostronny ruch na drogach. Ludziom jakoś trudno było przyzwyczaić się do tej zmiany i po dawnemu jeździli prawą stroną, I albo tak jak im się podobało.

Z Jaksonka do Sulejowa część drogi prowadzi przez las, w którym jest dość ostry zakręt. Pewnej targowej środy za zakrętem stanęło dwóch żandarmów. Jeżeli ktoś jechał prawą stroną, pobierali od niego 20 koron, a kto nie miał pieniędzy, zabierali uzdę.

Operację taką przeprowadzano przez kilka kolejnych dni targowych, a później powtarzano od czasu do czasu i to nie długo, gdyż wszyscy zrozumieli, że jeżeli jest wydane zarządzenie, to należy je respektować i jeździli już poprawnie stroną lewą.

W 1918 roku władze polskie odpowiednim zarządzeniem przywróciły ruch prawostronny. Zarządzenie na ten temat było, lecz nikt się nie troszczył o to, żeby było respektowane i każdy jeździł, jak chciał.

W 1913 roku widziałem, jak rosyjski lekarz wojskowy operował kozaka chorego na zapalenie wyrostka robaczkowego. Chorego położono na stole w ambulatorium, lekarz w granatowych spodniach z czerwonymi lampasami, w koszuli rozpiętej na piersiach, z podwiniętymi rękawami, paląc papierosa po daniu choremu narkozy, zręcznym ruchem rozciął mu brzuch od mostka, aż po spojenie łonowe, po czym usunął chory wyrostek, pokazał go stojącym w kącie damom, trzymającym naperfumowane chusteczki przy nosie. Potem napakował do brzucha gazy, obwinął chorego bandażem. Po paru dniach kozak zmarł.

W czasie trwania frontu, widziałem lekarzy austriackich operujących postrzały brzucha. Pracowali w białych fartuchach, białych rękawiczkach, czapeczkach na głowie. Czasem usuwali kawałki jelita. Przez parę dni operowani przebywali w miejscowym prowizorycznym szpitaliku i odjeżdzali ze szpitala w stanie zadawalającym.

Dom z dzieciństwa w Jaksonku

1 komentarz do wpisu “Jaksonek”

  1. Wincenty był ciotecznym bratem mojej mamy,nawet są podobni z oczu,znam dobrze dzieje rodziny z opowiadań Mamy ,a wujek podczas wizyt w Polsce odwiedził mnie kiedyś w akademiku,chciał wiedzieć jakie mam warunki i jak wyglada ówczesne życie studenckie,zajadał sie masłem mojej mamy z Jaksonka

    Odpowiedz

Dodaj komentarz